Lubię góry. Ciężar plecaka i równy rytm kroków. Krople deszczu na skórze i drzewa. Podróże, sushi i moją kuchnię. Kocham koty. Dobrą książkę, półsłodkie wino. Leniwe popołudnia. Moją pracę.

Chciałabym być jak Esme Weatherwax, bliżej mi jednak do Agness Nitt - ona miała swoją Perditę, a ja mam moją Usagi...
Komentarze - ... pada śnieg, puszysty śnieg ...

... pada śnieg, puszysty śnieg ...

22 December 2003

... cieszą się bałwanki.

Bałwan ze mnie nieziemski i rzeczywiście ze śnieżku się cieszę. Nawet z aerobicu wracałam sobie spacerkiem, a nie jak zwykle samochodem. A śnieżek prószył sobie powolutku... Skrzypiał pod butami... Opadał na włosy, rzęsy, usta... Miękki, biały... lekki jak sen.

Pierwszy prawdziwy śnieg tego roku. Poruszył mnie. Jakoś tak... obudził jakąś taką cichą tęsknotę. Romantycznie mi się zrobiło.

Koty na podwórku też się ze śniegu ucieszyły. Skokom i gonitwom nie było końca. Teraz biały puch poznaczony jest wesołymi ścieżkami kocich łapek. A Pysia śpi pod kaloryferem i nawet nie wyściubia nosa z domu. Czasem mam wobec niej poczucie winy...

Właściwie miało być o ajerkoniaczku, i Tuśce, i jeszcze o świątecznym nastroju i sztangach. Został śnieg. Puszysty, biały, czysty śnieg... Chłodna poduszka...

Dobranoc. Zasypało mnie.

Komentarze - Galeria - the end???

Galeria - the end???

21 December 2003

Odezwała się do mnie firma, dla której dwa miesiące temu pisałam galerię. Już niemal zapomniałam o tym i odżałowałam te pieniążki. To się odezwali. I teraz nagle wypytują nerwowo jak to działa i czemu tak, a nie inaczej. Zaczyna mnie to złościć. W życiu nie spotkałam tak niesumiennych ludzi.

Z tą galerią od samego początku były same kłopoty. Ciągle zmieniały się wymagania, nie dostałam jednolitych założeń. Grafiki nie było. Jak już ją napisałam, to się okazało, że znów muszę zmieniać cały system logowania. Poprawiłam, wysłałam. Poczekałam tydzień, dwa, upomniałam się. Cisza. Szlag by to. A teraz nagle zamieszanie.

A ja mam satysfakcję. Z głupoty. I nauczkę na przyszłość. Nigdy nie ufać znajomym. Bo to się od znajomego zaczęło, a znajomy okazał się lamerem jako menadżer. Żeby nie sprawdzić, co dostał. Ech...

A ja ją sobie przerobię, a co. Na smartach zrobię, profesjonalnie, po swojemu. A potem sprzedam i będę miała święty spokój. I może przejdzie mi rozgoryczenie, które wzbudziła ta "współpraca". Na błędach... o tak...

Komentarze - przyjaciele...

przyjaciele...

19 December 2003

Większość ludzi twierdzi, że trudno jest zdefiniować miłość. Ja mam na ten temat własne zdanie, wypracowane na podstawie własnych doświadczeń.

Co innego z przyjaźnią. Właściwie nie umiem jej zdefiniować.

E. znam odkąd pamiętam. Mieszkamy w jednej klatce i była moją towarzyszką zabaw dziecinnych. Właściwie jako dziecko nie za bardzo rozróżniałam mój dom i jej. W obu każda z nas była podobnie traktowana. Później kochałyśmy się w tych samych chłopakach, przez jakiś czas jeździłyśmy razem na obozy. Jednak... nigdy nie miałyśmy wspólnego towarzystwa, nie byłyśmy razem na imprezie, z rzadka wychodziłyśmy razem na piwo.

Przez kilka lat wcale się nie widziałyśmy, teraz, mimo że dzieli nas jedno piętro, widujemy się raz na pół roku, czasem nieco częściej. A przecież znam E. bardzo dobrze, traktuję ją raczej jak rodzinę niż znajomą. Idziemy razem przez życie, orbitując po własnych orbitach, lecz wciąż mając się w zasięgu. I czasem nasze orbity się łączą na jakiś czas. A wtedy jest tak, jakby nigdy się nie rozdzielały. Czy to jest przyjaźń?

Boro i Yasko towarzyszą mi od początku studiów. Razem zakuwaliśmy do kolokwiów, chlaliśmy, zarywaliśmy wykłady. Jeśli jedno miało zadanie, miała je cała trójka. I jeśli ktoś miał problem, problem stawał się ogólny. W sumie w kilku momentach życia naprawdę bardzo mi pomogli. Ja im chyba też. Studia się skończyły, ale znajomość trwa dalej. Grono się powiększyło, oni wprowadzili swoje dziewczyny, potem się przypałętał mój. I choć każde ma swoje sprawy, to jednak nadal im ufam. Wiem, że mogę na nich polegać.

O Haśce w moim życiu już kiedyś pisałam. Spotkałyśmy się, wymieniłyśmy parę zdań i poczułam, że znalazłam bratnią duszę. Myślimy podobnie, czujemy podobnie, mieszkamy blisko, nieczęsto się widujemy, bo nie musimy.

Podobnie Lark - nagle zaistniał w moim wirtualnym świecie i już pozostał. Czasem mam wrażenie, że zawsze tam był. Net robi się pusty, gdy jego nie ma.

K. to znów sympatia wypracowana przez lata. Z początku ostrożna, zazdrosna, podejrzliwa i może nawet niechętna. A teraz narastająca. Wydaje mi się, że każda z nas musiała do tego dojrzeć.

I tak sobie myślę. Nie policzyłam przecież jeszcze ojca, mamy, siostry i babci. Jak tak spojrzeć, to wokół mnie jest bardzo dużo ludzi, których mogę nazwać przyjaciółmi. Tylko...

Czy czas jest ważny w przyjaźni? Czy może sytuacje kryzysowe, przez które się razem przeszło? A może wystarczy tylko pogodna życzliwość i chęć niesienia pomocy? Jak określić, czy to już jest przyjaźń?

"Przyjaciel to ktoś, kto podczas deszczu, odda ci swój parasol.". Które z nich zasłoniłoby mnie przed deszczem?

Komentarze - ... o niczym...

... o niczym...

19 December 2003

Piękna pogoda za oknem... Ranek - wczesny, zdecydowanie zbyt wczesny. I moja zdołowana siostra na gg. Normalnie WOW.

Studenci mnie zaskoczyli. Na 8:30 stawili mi się w większości. Ostatni dzień przed przerwą świąteczna, a im się chciało wstawać. Mnie by się nie chciało. Miałam cichą nadzieję, że nie przyjdą... Z drugiej strony to było miłe. Że się stawili. Tyle, że nawet nie za bardzo wiem, co z nimi przerabiać.

Poszłabym sobie na spacer. Jest ranek, więc może dałoby radę zrobić zakupy bez tych wszystkich ludzi, kłębiących się w świątecznym amoku. Jak tak się zastanowić, to właściwie nie ma się wyboru - wpada się do sklepu i automatycznie też się kłębi. Żeby się stamtąd wydostać, trzeba się zjednać z masą. Żeby coś kupić, trzeba przejść na wyższy poziom kłębienia.

Rany, ale mi się nie chce tu siedzieć. Nie pogniewałabym się, gdyby zwiali.

Komentarze - Doktorat

Doktorat

16 December 2003

Dziś miałam na uczelni Wigilię. Fajnie tak spotkać się z profesorami na innym gruncie, posłuchać żartów prof. Rozenberga i prof. Nowakowskiego, pośmiać ze wszystkimi. Człowiek się czuje taki ważny i dorosły. W końcu jest w kadrze naukowej, nie?

Kiedy szłam na doktorat, właściwie kiedy pierwszy raz pomyślałam o doktoracie, myślałam o nim w kategorii odwleczenia wyroku. Bo to jakiś sposób na życie, szansa na stypendium, możliwość spokojnego szukania pracy. Pod koniec studiów czułam się niedouczona i przytłoczona świadomością, że to koniec niefrasobliwych czasów. Ale potem zaczęłam o tym myśleć poważniej i doszłam do wniosku, że praca na uczelni, praca naukowa, jest czymś, czemu warto się poświęcić.

Pochodzę z nauczycielskiej rodziny i lubię przekazywać wiedzę. Mam do tego predyspozycje. Ale nie lubię dzieci, więc praca na uczelni jest dla mnie jedynym sposobem kultywowania tradycji rodzinnej. Rodzina dała mi jeszcze jedno - znane w kręgach naukowych Szczecina nazwisko - szkoda byłoby to zaprzepaścić.

Ponadto lubię pisać, tworzyć coś, przebywać z ludźmi. Praca za biurkiem, ślęczenie po 8 godzin nad papierami albo jednostajnym zajęciem doprowadza mnie do szaleństwa. Przez 4 miesiące pracy w Stanach jako kasjer, ja się autentycznie męczyłam psychicznie. Nie potrafię prowadzić ustabilizowanego życia, nie umiem wstawać na rano (to nie jest kwestia przyzwyczajenia - ja po prostu do 10 nawet nie zaczynam myśleć, nie wolno mi jeść przed 11, mam tak niskie ciśnienie, że mdleję), za to wspaniale mi się pracuje do późna. I autentycznie lubię przekazywać wiedzę.

Co po doktoracie? Może to niektórych zaskoczy, ale mam zamiar zostać na uczelni. Marzy mi się profesura w przyszłości. Jedno z moich największych marzeń to to, że za kilkanaście lat któryś z moich studentów będzie o mnie pamiętał i pomyśli sobie: dr Szydłowska wiele mnie nauczyła.

Bo ja chciałabym nie tylko uczyć przedmiotów, ale przede wszystkim samodzielnego myślenia. Społeczeństwo to stado, a ja chciałabym wiedzieć, że spod mojej ręki wyszli ludzie twórczy, świadomi, potrafiący iść pod prąd. Ja wiem, że to nie jest łatwe, wymaga pracy i wysiłku, ale mnie się nie spieszy. Mam na to całe życie.

Niektórzy robią doktora, żeby potem łatwiej znaleźć dobrą pracę. Ja też go robię dla pracy. Żeby zostać pracownikiem uczelni muszę mieć dr przed nazwiskiem. I żeby się habilitować też. Ot i wszystko.

Wino huczy w głowie i nadal słyszę śpiewającego prof. Rozenberga.

1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20, 21, 22, 23, 24, 25, 26, 27, 28, 29, 30, 31, 32, 33, 34, 35, 36, 37, 38, 39, 40, 41, 42, 43, 44, 45, 46, 47, 48, 49, 50, 51, 52, 53, 54, 55, 56, 57, 58, 59, 60, 61, 62, 63, 64, 65, 66, 67, 68, 69, 70, 71, 72, 73, 74, 75, 76, 77, 78, 79, 80, 81, 82, 83, 84, 85, 86, 87, 88, 89, 90, 91, 92, 93, 94, 95, 96, 97, 98, 99, 100, 101, 102, 103, 104, 105, 106, 107, 108, 109, 110, 111, 112, 113, 114, 115, 116, 117, 118, 119, 120, 121, 122, 123, 124, 125, 126, 127, 128, 129, 130, 131, 132, 133, 134, 135, 136, 137, 138, 139, 140, 141, 142, 143, 144, 145, 146, 147, 148, 149, 150, 151, 152, 153, 154, 155, 156, 157, 158, 159, 160, 161, 162, 163, 164, 165, 166, 167, 168, 169, 170, 171, 172, 173, 174, 175, 176, 177, 178, 179, 180, 181, 182, 183, 184, 185, 186, 187, 188, 189, 190, 191, 192, 193, 194, 195, 196, 197, 198, 199, 200, 201, 202, 203, 204, 205, 206, 207, 208, 209, 210, 211, 212, 213, 214, 215, 216, 217, 218, 219, 220, 221, 222, 223, 224, 225, 226, 227,

Strona 201 z 227

  • Ava gardner Agpamis*PL
  • Ava gardner Agpamis*PL
  • Ava gardner Agpamis*PL

Archiwum

Dodaj do czytnika Google

Copyrights ©Usagi.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody Usagi.pl zabronione.