Lubię góry. Ciężar plecaka i równy rytm kroków. Krople deszczu na skórze i drzewa. Podróże, sushi i moją kuchnię. Kocham koty. Dobrą książkę, półsłodkie wino. Leniwe popołudnia. Moją pracę.

Chciałabym być jak Esme Weatherwax, bliżej mi jednak do Agness Nitt - ona miała swoją Perditę, a ja mam moją Usagi...
Komentarze - The Child in Us

The Child in Us

01 December 2003

Temat podyktowany przez komentarze: nauczycielka - uczeń.

Nie uważam, żeby było coś złego w związkach z dużą różnicą wieku. Spotkałam już starych ludzi, zachowujących się jak dzieci i na odwrót. Sama głupieję z wiekiem zamiast poważnieć. Ważne, żeby się rozumieli i psychicznie nie za bardzo od siebie odbiegali.

Sądzę, że szanse takich związków i tak najlepiej określa samo życie - wytrzymają i będą ze sobą, czyli wiek nie był ważny. Jednak trochę trudniej wygląda to, jeśli obie osoby wplątane są w układ: nadzorujący - nadzorowany, nauczycielka - uczeń, szef - pracownik. Sytuacja taka wymaga jasnego określenia i rozdzielenia gruntu prywatnego i zawodowego.

Mój ojciec jest nauczycielem i miałam to nieszczęście, że uczył mnie historii i geografii. Od 13 lat organizuje też obozy wędrowne, na które maniakalnie jeżdżę. Gdybyśmy nie umieli oddzielać spraw prywatnych, rodzinnych od tych wynikających z jego statutu nauczyciela czy opiekuna grupy - każdy dzień byłby koszmarny.

Na szczęście ja jestem z nauczycielskiej rodziny - do kilku pokoleń wstecz i tego typu rzeczy mamy opanowane. W tamtym roku uczyłam moją koleżankę z klasy liceum, a od następnego semestru będę uczyć jednego z moich najlepszych kumpli. Nie będzie żadnych ulg.

Podejrzewam, iż gdyby mi przyszło uczyć mojego chłopaka - też by biedak dostawał lacze, nie wiem, czy nie oceniałabym go nawet ostrzej niż pozostałych.

Pozostaje jeszcze kwestia plotek i pomówień. Na to nie ma rady, bo zawsze się znajdzie ktoś, kto stwierdzi, że nauczyciel był niesprawiedliwy i lepiej potraktował tego, z kim jest związany. A ja i tak mam grupy, które lubię i których nie lubię. Nauczyciel to subiektywna istota.

Komentarze - Wiedza

Wiedza

02 December 2003

"Informacje, z których wynika, że nic się nie dzieje, uważam za bardziej interesujące, ponieważ wiemy, że - jak wiadomo - są rzeczy, o których wiemy, że o nich wiemy. Wiemy też, że są znane niewiadome, to znaczy, że są rzeczy, o których wiemy, że nic o nich nie wiemy. Ale są również nieznane niewiadome - takie, o których nie wiemy, że o nich nie wiemy".

Rumsfeld

I już wszystko wiadomo.

Komentarze - grudniowe wieczory

grudniowe wieczory

02 December 2003

Cały dzień przed komputerem. Kolejny dzień, gdy świat zawęził mi się do czterech ścian i monitora. Jedyny kontakt z ludźmi - przez gg. I tylko stukot klawiszy wplata się w głos Enigmy... Sennie mi dzisiaj. Chyba pora się obudzić.

The Rasmus: Time to burn. Kawa.

Gwiazdy niczym kwiaty kwitną i umierają – każdy z nas jest gościem nieboskłonu.

Wróżba z chińskiego ciasteczka... Hmmm...

Czy to takie ważne, żeby płynąć pod prąd? Żeby robić karierę, spalać się w gonitwie na szczyt? Czy rzeczywiście nie można być szczęśliwym, nie walcząc?

Akceptuję życie, takim jakim jest. Niewiele po nim oczekuję. Bo potrafię być szczęśliwa ot tak, z błahych powodów. Chwytając ostatnie promienie słońca. Pijąc miętową czekoladę. Gapiąc się na poranne mgły. Słuchając pomruku kota.

Jest tyle rzeczy, które uszczęśliwiają tym, że po prostu są. Nie trzeba za nimi gonić. Trzeba je tylko umieć zauważyć.

Patrzę na ludzi walczących o swoją przyszłość. Studiują, podkładają sobie nawzajem świnie, szukają coraz to lepszej pracy. Bo trzeba mieć samochód, kino domowe i meble z IKEI.

A tak naprawdę po co? Ja nawet nie mam telewizora. Wydatek zbędny, bo nie oglądam telewizji. Samochód? Nie lubię samochodów. Meble - mój kot załatwi każdą tapicerkę i wykładzinę, a mnie się dobrze śpi także na podłodze.

Mroziu kiedyś powiedział, że szczęście to radość z małych rzeczy. Sztukę cieszenia się z takich małych rzeczy opanowałam do perfekcji.

Szczęśliwa jestem. Tak na przekór. I lubię grudniowe wieczory.

Komentarze - ... zmęczenie ...

... zmęczenie ...

03 December 2003

Zmęczona jestem. Potwornie. Dopiero się obudziłam, ale mogłabym jeszcze pospać. Dopadła mnie własna głupota, a myślałam, że dam radę doczekać do świąt...

HI/LO Advance wczoraj był jak objawienie. Po dziesięciu minutach piruetów byłam zielona i nie wiedziałam, w którym kierunku są drzwi. Po piętnastu oświeciło mnie: dopóki się myśli o stawianiu nóg i muzyce, nie rzyga się przy kręceniu. Dotrwałam do końca. I wyłożyłam się na najprostszej rzeczy pod słońcem.

Anka nas pocieszyła: w sobotę będzie lekarz na sali. Istnieje szansa, że mnie nie wyniosą. Cool.

Wróciłam o 22:30, jak zwykle cała mokra. Mroziu wpadł na genialny pomysł i wybraliśmy się do parku na spacer. Ja z mokrą głową. On - z grypą. Czwórka nas była.

Łaziliśmy wkoło Jasnych Błoni i rozmawialiśmy o religii, wierze, Iraku. O fanatykach: wiary, pieniędzy, potęgi. Wróciliśmy koło północy.

Kolano znów boli. Nasmarowałam jakimś świństwem na stawy. Ma wytrzymać, aż będę miała czas iść do chirurga. Od paru lat nie mam na to czasu.

Sportowiec przed zawodami odpoczywa, by zregenerować siły. Nie należy się uczyć tuż przed egzaminem. Przed dużym wysiłkiem należy wypocząć. Ja to wszystko wiem - tylko nie stosuję. Dzisiaj Step Advance.

Komentarze - uch...

uch...

03 December 2003

Kolano nadal boli. Zaczyna mnie to wkurzać.

Powinnam przygotować tematykę dla prof. B. ale to dopiero na sobotę. Jeszcze zdążę. Tylko te Wędruśki mnie martwią, bo chyba się nie wyrobię.

Czemu ja mam tak leniwe życie i nigdy mi na nic czasu nie starcza?! Tylko nie mówcie, że przez fitness.

Chodzi za mną projekt tej strony z wierszami... Kolejna rzecz, za którą miałam się wziąć. Ych...

A tu jeszcze nadchodzą Święta... Znów czeka mnie sprzątanie i powstrzymywanie babci od forsowania się ponad miarę. Rodzina znów przyjdzie i będzie oczekiwała porządku, miłej atmosfery i jedzenia. Tylko nikt nie pomyśli, żeby zjawić się wcześniej i pomóc przy tym wszystkim. A dziadkowie znów będą się starać ponad swoje siły i znów potem noc będzie przerywana ich krokami i piskiem ciśnieniomierza...

Ile razy sobie już obiecywałam, że na Święta wyjadę, że rzucę to wszystko i spędzę miło czas nie myśląc o Wigilii i stosach naczyń do pozmywania. I zawsze zostaję. Bo nie umiem ich zostawić z tym sam na sam. Nie cierpię Świąt. Zaczynam się wściekać już od Mikołajek.

Cholera - prezenty... Jeszcze nic nie mam. Grrrr....

Komentarze - silne-męskie-ramię

silne-męskie-ramię

03 December 2003

Zagadka

Co to jest, jedno niekompletnie ubrane, całkiem duże nieszczęście w jednej gumowej żółtej rękawiczce na środku łazienki, stojące po kostki w wodzie i wypowiadające z szybkością karabinu maszynowego na zmiane : kurwa, chuj, kurwa...?

Taaak, brawo dla pani w żółtym berecie. To właśnie "szanowna" właścicielka blogaska podczas przepychania umywalki.

Apelowałam na gg o silne-męskie-ramię do pomocy w odtykaniu, ale jakoś nie było chętnych. Zawsze wiedziałam, że instytucja tego silnego-męskiego-ramienia jest przereklamowana. Dobra, idę skręcać kolanko (bynajmniej nie swoje)..

http://jmk.blog.pl/


Najpierw uśmiałam się do łez. A potem... potem mi się dziwnie zrobiło. Normalnie ZONK, lub jak to Kenshin stwierdza 'ORO'. Bo w tej jednej notce zostały podsumowane wszystkie moje ostatnie wrażenia na temat: Mister Pomocne Ramię.

Była taka piosenka kiedyś 'Gdzie się podziały tamte prywatki'... Obecnie to idzie tak: 'Gdzie się podziali tamci mężczyźni, gdzie dżentelmeni są z tamtych lat?'

Wychowano mnie w przeświadczeniu, że kobieta powinna mieć oparcie w silnym-męskim-ramieniu. Nas się powinno zdobywać, ochraniać, wyręczać.

Dobrze, że tata mi to mniemanie z lekka modernizował dając w rękę śrubokręt, ewentualnie kupując klocki zamiast lalki. Bo chyba bym się obecnie zachowywała jak sierota ostatnia, licząc na pomoc silnej płci. Remont pokoju - mężczyzn wywiało. Opalanie farby z okien - mężczyźni przyszli, narozrabiali, wyszli. Już się nie pokazali. Coś się rozpadnie - trzeba wskazać palcem, bo mężczyźni zabiją się o to, a nie dostrzegą.

Pan z reklamy z wyrzynarką w ręce jawi się jako bóstwo nietykalne, światłem nierzeczywistym ozłocone. Robotnikom remontującym moją klatkę schodową pot z czoła jedwabiem należałoby ocierać. Choć akurat im za to płacą, więc to się chyba nie liczy.

Moje silne-męskie-ramię robi najlepszą herbatę pod słońcem. ORO...

Komentarze - ... proste przyjemności, codzienne radości...

... proste przyjemności, codzienne radości...

04 December 2003

Nigdy nie lubiłam "Pierścienia i róży", błeee...

Za oknem szaro i nieciekawie, na fitness nie mogę iść, więc postanowiłam zrobić sobie mikołajkowy prezent. Wybrałam się na Tortellini grzybowe w sosie czosnkowym. Serwuje je włoska restauracja na Wojska Polskiego, w ogródku dawnego "Przystanku". Danie podają w miseczce, zapieczone z serem, tak gorące, że trzeba odczekać jakieś 10 minut, żeby się nie poparzyć. Tym razem jeszcze skwierczał serek.

Pierogi były przepyszne! Jak zwykle - rewelacja! Jedyny mankament to ten, że nie umiem do nich dobrać sobie wina! Może ktoś wie, jakie wino pasuje do grzybów i czosnku? Dziś skończyło się na Ice Tea.

Siedziałam tam sobie godzinkę, słuchałam radia, czytałam bonusową gazetkę i spokojnie, powolutku, rozkoszowałam się smakiem. Mniam...

Dla takich chwil warto żyć. Lubię się rozpieszczać. Uważam, że każdemu coś się od życia należy. Dlatego lubię dobre perfumy (pomimo że na co dzień nie chce mi się nawet czesać), dobre jedzenie w przytulnych, nastrojowych knajpkach (na co dzień pożeram wszystko, co jest w domu), pełne, słodkie czerwone wina (choć kiedyś biłam babski rekord we wściekłych) i dobre jakościowo ubrania (na co dzień latam w moro i bojówkach).

Ale nade wszystko kocham jedną rzecz. Dla tej jednej rzeczy zrezygnowałabym ze wszystkiego innego: dobrego jedzenia, smacznego wina, porządnych ubrań, fitnessu... Moment, gdy siedzi się na szlaku, z plecakiem pod plecami, wsuwa jagody i w oniemiałym zachwycie patrzy na panoramę gór. Dla tej chwili warto wyrzec się każdej przyjemności, bo każda przyjemność jest tylko namiastką, substytutem tego uczucia.

Jeszcze 24 dni i jadę... Wędruś znów ruszy na szlak.

Komentarze - ...

...

05 December 2003

Nienawidzę analizy SWOT i bankowości. Przerabiana po raz kolejny wkurza mnie niebotycznie. Tak po prostu.

Komentarze - świata prorocy

świata prorocy

05 December 2003

Są grupy, w których zajęcia prowadzi się z przyjemnością. Ta do nich nie należy. Każde zdanie, każdą informację trzeba od nich wyciągać na siłę. I pozostaje nieodparte wrażenie, że jest się kimś zbędnym, że przychodzą i siedzą na zajęciach z łaski. Zadają głupie pytania, byle tylko ośmieszyć, pokazać, że mają człowieka w d...

Przyzwyczaiłam się już, że wchodząc po raz pierwszy na zajęcia jestem oceniana. Często negatywnie. "Głupia kobietka, ucząca ekonomii - po co to komu? Co ta gówniara może wiedzieć o informatyce?" Później nadal jest podobnie - ocena za oceną: jest miła i prowadzi zajęcia na luzie to pewnie koła nie zrobi na serio. I potem są ZONKI. Czy gdybym była mężczyzną traktowano by mnie ostrożniej?

Studentom trudno jest zrozumieć, że jako doktoranci niewiele mamy do gadania. Co z tego, że wolałabym prowadzić bazy danych albo webmastering? Jestem na takiej a nie innej katedrze i muszę akceptować to, co mi przydzielają. A to, że dobrze czuję się w ekonomice? A czemu nie? Czy gdybym mamrotała pod nosem z książki, albo wprowadzała referaty bardziej by mnie szanowano? A może ja bym chciała tych ludzi czegoś naprawdę nauczyć? Nie tylko odbębnić swoje i iść do domu?

Uważam, że w tej epoce człowiek powinien mieć rozeznanie w wielu dziedzinach, bo nigdy nie wiadomo, dokąd trafi. Czepianie się jednego zawodu jest w obecnej sytuacji głupotą. Tylu moich znajomych ze studiów robi teraz coś zupełnie innego niż zamierzali. Smutna rzeczywistość...

I potem patrzę na tych jełopów śmiejących się głupio z jakiegoś żartu i mam ochotę to wszystko cisnąć w cholerę. A niech będą niedouczeni, niech idą przez życie z przeświadczeniem, że są najwspanialsi i najmądrzejsi, że im się wszystko należy. Życie ich w końcu gdzieś, kiedyś kopnie. A oni i tak nie będą potrafili zrozumieć...

A mnie zależy... jeszcze... nadal.

Komentarze - Studia...

Studia...

05 December 2003

Marzyciel: To nie jest tak - byle na studia. To chory system nauczania i chory system zawodowy. Bo co ma robić człowiek, którego na studiach uczą bzdur lub zlewają kompletnie? Po co mi były jakieś wydumane systemy bankowe, na których nawet jednego systemu nie widzieliśmy? Czemu nie nauczyli mnie tego, co w życiu potrzebne?

Owszem, wiem na czym polega studiowanie - więc douczam się sama. Ale chore jest, że wykładowcy są nie z tej epoki, że prowadzą coś, o czym sami nic nie wiedzą, że nawet nie sygnalizują dzisiejszych problemów informatycznych!

Inna sprawa, że na studia powinna być ostra selekcja. Tymczasem przychodzi tu byle matołek (ja się dostałam choć NIC nie wiedziałam o komputerach!) i może się bez trudu utrzymać, bo taki jest poziom uczelni. Skończyłam studia informatyczne nie umiejąc programować!

Inna sprawa, że w obecnej sytuacji ciężko o pracę. Więc człowiek łapie się wszystkiego, co mu wpadnie w rękę. Każdej pracy - i tu przydają się szerokie wiadomości z różnych dziedzin. Bo czasem nie ma jak pracować w swoim zawodzie. Jesteśmy tak opóźnieni technologicznie, że informatycy są zbędni. Nawet ci najlepsi nie mogą znaleźć sobie pracy i muszą się chwytać różnych innych prac.

Kolejny problem - świadomość społeczeństwa. Dla większości ludzi informatyk to człowiek od komputerów. Nie istnieje dla nich specjalizacja. Przeglądałeś ogłoszenia o pracę? Przecież to idzie się pokroić! Potrzebują webmastera, ale wymagają od niego: zarządzania siecią, programowania aplikacji, zaawansowanych umiejętności animacji oraz języka Fortran!!! Ludzie!! Przecież to kpina.

Nawet łebmajsterzy mają specjalizacje: webdesigner, webprogrammer. Ale pracodawcy chcą jednego łosia do wszystkiego. I nie liczą się umiejętności tylko cena. Jedyna szansa teraz to wyjechać stąd za granicę.

Tylko... ja na przykład raczej staram się tego uniknąć. Wolałabym się urządzić tu, w tym kraju. Nie wiem, czy na tym nie stracę....

Komentarze - Mur

Mur

06 December 2003

Wieje dziś. Wiatr zawodzi w kominach grobowców. Szare niebo, odrapane kamienice, szary świat...

Taka pogoda... w taką pogodę jestem w pełni sobą. Wracam do siebie z przed kilku lat... Zagubiona, smutna, samotna... Zmarznięte dłonie grzane o kubek z kawą. Długi, rozciągnięty sweter i krótkie włosy. Chandra, która nie opuszcza, która rośnie, wtapia się w duszę, jednoczy z sercem... Poza nią nie ma już nic...

Czasem... czasem mam wrażenie, że pomimo wszystko wtedy żyłam jakoś pełniej. Owszem, świat uciekał poza oknami... Na moim tapczanie nie istniał czas... Były książki i Queen. Były marzenia, rozterki, rozpaczliwe uczucia. Ale nie było cynizmu... Jeszcze nie... I tego chłodu, który oszrania wszystko, co teraz czuję.

Tyle przeszłam ścieżek od tamtego czasu... Mur... mur, o którym marzyłam, stanął wreszcie. Cegła po cegle wzniosłam go wokół siebie... Wypracowałam sobie nowe podejście do życia, nowe zachowania i reakcje, cyniczny, olewczy charakter, i ten chłód... Do nikogo i niczego się nie przywiązuję. Nie istnieją dla mnie sentymenty. Ludzi zostawiam za sobą...

Czasem mam wrażenie, że to jak teraz czuję i co teraz czuję... nigdy nie pełne... nigdy do końca... to właśnie moja wina. Bo kiedy się uzależni od czegoś, kiedy na czymś zależy tak aż po kraniec serca... cierpi się, cierpi się strasznie...

A ja... pijąc kawę... patrząc jak w kawę wpadają łzy... obiecałam sobie, że już nigdy... Już nigdy nie wyjdę poza mur.

Komentarze - Egoizm

Egoizm

07 December 2003

Od jakiegoś czasu myślę i działam mając na względzie głównie swoje szczęście. Jeśli nie chcę czegoś robić, nie robię. Przestałam sugerować się innymi ludźmi. Wiem, można mnie posądzić o egoizm. Nazwać mnie zimną, skoncentrowaną na sobie suką. To jest chyba najprostsze...

Zastanawiałam się nad tym sporo. Spełnianie oczekiwań rodziny, podporządkowanie się jej, doprowadziło mnie do tego, że przestali mnie o coś prosić tylko zaczęli żądać, już, teraz, nie licząc się z moimi potrzebami. Chęć uszczęśliwienia mojego byłego chłopaka zakończyła się morzem kompleksów, totalnym marazmem i depresją. A on i tak mnie zdradził. Godzenie się na każdą prośbę przyjaciół postawiło mnie w sytuacji łosia, w którego każdy jeździł, bo ja przecież nie odmawiam pomocy. Do tego jeśli nie byłam w stanie czegoś zrobić, kończyło się obrazą rodziny, chłopaka i przyjaciół. Miotałam się więc między wszystkimi wiecznie zestresowana i nieszczęśliwa.

W końcu pierdyknęłam to wszystko w cholerę. Zaczęłam od chłopaka.

Obecnie robię tylko to, na co mam ochotę. Mój obecny zaakceptował mnie taką, jaką jestem i nie próbuje mnie zmieniać. Dobrze dla niego, bo by się nie udało. Rodzina nauczyła się prosić i doceniać pomoc. O dziwo, lepiej się teraz rozumiemy i nasze kontakty coraz częściej przypominają przyjacielskie spotkania, a nie relację Rodzice - Córka. Przyjaciele nauczyli się mnie szanować i nasze kontakty stały się o wiele bardziej zażyłe. Same korzyści.

A co ja daję w zamian? To, co mogę i to, co chcę. A ja lubię pomagać i wspierać, ale nie na siłę. Chłopakowi daję sporo swobody. Opiekuję się i staram wyręczać dziadków. Rozpieszczam kota. Ze wszystkimi żyję w zgodzie, znam połowę dzielnicy. I wreszcie jestem sobą - bez kompleksów, przymusu, spełniania nieswoich oczekiwań...

Dziś była wizyta u rodziców - miło spędziłam dzień.

Komentarze - Monitor

Monitor

08 December 2003

Nareszcie wrócił mój monitor. Trochę mnie swoim powrotem zaskoczył, bo ani się nie zapowiedział, ani nie zadzwonił i w rezultacie zastał mnie w piżamie. Ale już jest. Obraz wreszcie działa normalnie i mam swoją jasność i to wszystko, co ostatnio mu nie działało najlepiej. Więc teraz działa i siedzę sobie patrząc w niego i... stwierdzam, że już się do tego zamiennego przyzwyczaiłam. I choć wstydzę się swojej postawy, to teraz mi się ten zamienny bardziej podoba. I szukam dziury w całym.

Chyba się przejdę, bo normalnie zdegustowana jestem własną postawą.

Komentarze - Cosmopolitan

Cosmopolitan

08 December 2003

Nie czytam kobiecych czasopism. Z zasady. Wszystkie te "Tiny", "Przyjaciółki", "Gale" i inne style nie interesują mnie kompletnie. Tym bardziej się zdziwiłam, gdy naszła mnie ochota na "Cosmopolitan". Widocznie ja też czasem muszę się ukobiecić.

Kupiłam i czytam. Z zainteresowaniem. Bo bzdury nieziemskie.

Czytam więc, jak być bliżej Niego. I czym mi grozi trójkąt z drugą kobietą, oglądam seksownych facetów w pianie, przedzieram przez stosy reklam. 101 seksownych sztuczek powaliło mnie na kolana. Z wypiekami na twarzy poszukuję wraz z autorką artykułu Romea. I powala mnie prawda ukryta w Cosmoprzykazaniach.

"10 rzeczy, których nie powinnaś robić, gdy jesteś w łóżku z facetem.

Przykazanie 8: Najpierw przytulać się do niego czule, po czym układać między wami twojego kota ze słowami: 'Nasz syneczek czuje się samotny i musimy się nim zająć'."

Mroziu, przepraszam! Cholera, chyba zrobię prenumeratę...

Komentarze - ...wybór...

...wybór...

08 December 2003

Wszystko mnie boli. Każdy mięsień. Bez wyjątku. Plecy... mogłabym wyć.

Od trzech miesięcy ból nie mija prawie nigdy. Towarzyszy mi ciągle, stał się częścią mnie. Chyba potrzebuję odpoczynku...

Dziś Active Pump. Zmęczone, codziennie eksploatowane mięśnie odmawiały wysiłku. Czterdzieści pompek... what a pain... A jutro znów, tym razem HI/LO Advance...

Co nas nie zabije to nas wzmocni. Ale tempo wariackie, to fakt. Trzy miesiące. Przecież nie lubię sportu... Ale... gdy tam pojadę... postawię nogę na szlaku i ruszę przed siebie. Gdy zrzucę plecak, a zmęczone ramiona nie opadną do przodu... Wiem, że warto.

Albo się wykończę albo osiągnę cel. Tym razem to był mój własny wybór. Dorosłam.

Komentarze - zdecydowanie...

zdecydowanie...

09 December 2003

Lubię zmiany. Należę do osób, które jak widzą, że trzeba coś zrobić to robią. Wiem, czego chcę. I czego oczekuję.

Spotykam się ostatnio ze zdaniem, że kobiety nie wiedzą, czego chcą. To chyba nie tylko cecha kobiet. Jesteśmy podobno zmienne, rozdarte, niezdecydowane. A mężczyźni?

Jeśli chodzi o związki uczuciowe, to tu obie strony lamią tak samo. Zaczyna się od podrywania, które polega na zręcznym ukrywaniu wad, a prezentowaniu, często nieprawdziwych, zalet.

Pierwsze spotkanie: przeważnie ten sam schemat. Facet przychodzi punktualnie, przynosi różę albo innego wiechcia, otwiera drzwi, podsuwa krzesełko, podaje płaszczyk, zarzeka się, że on zapłaci. Przy tym puszy się jak kogucik. Z kolei ona - śliczna, dopracowany ruch rączką, nie je i nie pije za dużo, uśmiecha się, mruga rzęsami i odwala całe to przedstawienie, żeby tylko zrobić dobre wrażenie. "Ach, śliczna róża!", "Zapłacę za siebie. Nie? No to następnym razem na pewno.".

Cyrk, kochani, normalny cyrk.

Zostają parą - nadal zakochani. On widzi w niej ideał, ona w nim też. Nie dostrzegają siebie - jedynie własne wyobrażenia. Jest wspaniale. Tylko... z czasem zauroczenie opada i zaczyna wychodzić zwykły człowiek. Mężczyzna już nie zawsze otwiera drzwi, czasem nie ma czym zapłacić, nie mówiąc o kupnie kwiatka. Jej się nie chce cały czas biegać w makijażu i czasem jest naprawdę głodna, więc je normalnie. Wychodzą nawyki i wady. I do tego słówka i próby dostosowania do wymagań.

Mój były najpierw uważał, że jestem przepiękna. Potem nagle stwierdził, że włosy woli proste i większy biust. Kobieta powinna go podziwiać i być zawsze dla niego miła. Nawet jak on ją krytykował. Wpierw chciał kobiety sukcesu, potem wampa, a w rzeczywistości wyglądało na to, że wystarczy mu słodka idiotka. On mógł krytykować, ja nie.

Kobiety się dostosowują. Chcą być kochane, więc starają się spełniać męskie zachcianki. Z mężczyznami jest podobnie, choć nieco inaczej. Oni mają instynkt drapieżcy: zapolować i zdobyć. Tylko potem nie wiedzą, co z tą zdobyczą zrobić. Starają się na początku, by potem osiąść na laurach: "no przecież się oświadczyłem, zarabiam, rodzina jest, to czemu mam ci kwiatka przynosić?". Oni nie potrzebują słów, uważają, że duży czyn jest ważniejszy od małego gestu. A my na te małe gesty zwracamy sporą uwagę. Co z tego, że on rzuci się na kino domowe dla "nas", jeśli na co dzień słowo "kocham" trzeba z niego wyciągać na siłę? Skoro nie obchodzi go, co kobieta robiła w ciągu dnia, gdy nie była z nim? że widząc iż po pracy sprząta jeszcze dom, on siedzi na kanapie, bo zmęczony? nie pochwali, jak ona się wystroi na jakieś wyjście?

Chcemy być kochane i zauważane. Zwykłym komplementem można u nas więcej zdziałać niż tysiącem kłótni. Kobiety - słabe, zmienne, z fochami. A ostatnio zauważam, że coraz częściej dom jest trzymany twardą ręką nie przez mężczyznę, ale właśnie przez kobietę. Bo mężczyzna bez kobiety się gubi.

Mężczyzna jest głową rodziny, to fakt. Kobieta jest szyją - wytycza głowie kierunki.

Komentarze - Eyes on me

Eyes on me

09 December 2003

"Whenever sang my songs
On the stage, on my own
Whenever said my words
Wishing they would be heard..."

Hahaha, ale jazda. Zrobiłam sobie karaoke Z muzyki z gier i anime. Final Fantasy rządzi wraz z Sailor Moon.

Dziadkowie zajrzeli tylko raz, popukali się w czoła i udają, że nie słyszą. Normalnie do Idola się zgłoszę.

Strasznie fałszuję. Szczególnie po chińsku i japońsku na zmianę. Nic nie czaję, co śpiewam - dobrze jest. A nawet jeszcze piwa nie wypiłam. Odpierdziela mi.

Uuuu, "Melodies of life" - dam z siebie wszystko!

Komentarze - brakuje mi pieniędzy

brakuje mi pieniędzy

10 December 2003

Dziadek znów źle się czuje. Bez wizyty w szpitalu się nie obejdzie. Mam nadzieję, że to nic poważnego i nie zostanie tam na długo. On zawsze tak się cieszy ze Świąt...

A w tym roku marne będą to Święta. Babci zostało na nie 400 zł, mama też bez grosza, Mroziowi w firmie nie zapłacili i zostaję tylko ja. Znów będę musiała naruszyć oszczędności... Wyjazd do Karpacza mnie zrujnuje. Nie mówiąc o prezentach... jeśli w ogóle będzie mnie stać na prezenty, bo przecież ktoś musi moim spłukańcom pomóc finansowo. Tego remontu to chyba nigdy nie zrobimy... ech.

Czuję się przytłoczona. Co ja mam robić? Szukać jeszcze jednej pracy? A kiedy ten doktorat?

X X X

Nic mi się nie chce.
Moje wieczory stały się jałowe,
a przecież nie chcę tego.
Brakuje mi pieniędzy.
Na moja głowę księżyc opada.

Komentarze - urlop

urlop

12 December 2003

Znów na uczelni... Pomocy! Kaca mam, grrr... a w dodatku znów wrócę wieczorem.

Mroziu zaczyna urlop dzisiaj, będzie w domku aż do Świąt - fajnie, zagnam go do roboty. Ostatnio dostrzegam sporą poprawę. Widać, że się wreszcie wyrwał z tego marazmu, w którym trwał przez kilka ostatnich miesięcy. Koduje zamiast grać. Sam z siebie robi coś w domu. Jestem mile zaskoczona. Może ta końcówka grudnia nie będzie taka zła.

Już się nie mogę doczekać wyjazdu. Karkonosze zimą to jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie znam. I ja tam będę! Zrobię tysiące zdjęć, żeby mieć je przy sobie przez pozostałą część roku.

Ale najpierw czeka mnie jeszcze świąteczna gorączka. Przeszłam się wczoraj z siostrzyczką przez miasto. W ogóle nie było świątecznie. Brzydko, ciemno i szaro. Nawet witryny nie miały tego zwykłego świątecznego blasku. A może to ja w tym roku po prostu nie zwróciłam na to uwagi? Raczej ponure i chłodne wyniosłam wrażenie. Przydałby się śnieżek, duuużo śniegu.

A my w końcu nic nie kupiłyśmy i zakończyłyśmy wędrówkę w Galaxy. Nie wiem, co ludzie widzą w tym centrum. Ani to jakieś ciekawe, ani dobrze zaplanowane. Sklepy też raczej nic specjalnego nie oferują, to samo co gdzie indziej tylko trochę drożej. Nie podoba mi się, to już wolę iść do Fali. W oba miejsca mam tak samo blisko.

I znów pozostałam z problemem, co kupić na Święta. Pomysłów tysiąc, gorzej z pieniędzmi i znalezieniem tego, co się chce. Dokładnie tego, co się chce kupić. Nie lubię namiastek. Może dziś na kawie z mamą coś wymyślimy.

Komentarze - huśtawka

huśtawka

13 December 2003

Lark ma swoje małe święto, a ja mam swój niekończący się festiwal. Życie z mężczyzną zaskakuje mnie nieodmiennie. Jest jak na huśtawce - raz góra, raz dół, by znów pomknąć w chmury. Chwila oddechu i... grawitacja zwycięża - w dół, w dół, w górę, moment przesilenia i... Kiedyś mogłam się bujać godzinami.

Chandra trochę przycichła, jakoś to będzie. Trudno. Nie pierwszy raz muszę ostro ograniczyć wydatki i przejść na chleb i wodę. Tyle, że dawno nie musiałam. Bardzo dawno. Już zapomniałam, jak to jest, odmawiać sobie czegoś. Na codzień mówię i mam. A teraz... powrót do przeszłości. Chyba poszukam jeszcze jednej pracy.

Właściwie to nie wiem, co zrobię. Ostatnio praca nad portalem stała się nudna i monotonna, najgorzej że zabierała mi czas potrzebny na co innego. Efekt jest taki, że moja wiedza pozostaje strasznie nieuporządkowana. Wszędzie walają się kawałki niezłego kodu, tylko nigdy nie wiem, który jest który i do czego go wykorzystać.

Smarty znam all by my heart, z tym że jedynie w teorii, bo nie miałam czasu nic na nich napisać. Podobnie Postgresql. Chyba powinnam przystopować i najpierw się tego wszystkiego porządnie nauczyć. Przynajmniej jeden projekt na tym napisać.

Lark narzeka na swoje życie. A ja zazdroszczę jego pasji i oddania temu, co robi. Ja nie potrafię ślęczeć przed kompem dzień w dzień i tylko klepać kod. Nie potrafię być ukierunkowana tylko na jeden cel. A więc nie mam tej cechy, która zapewnia ludziom sukces, sprawia, że są najlepsi.

Koniec marudzenia. Trzeba się wziąć za siebie i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Do wakacji nie szukam nic nowego. Doszkalam się.

Komentarze - I remember... me

I remember... me

14 December 2003

"... It's vital to remember who you really are. It's very important. It isn't a good idea to rely on other people or things to do it for you, you see. They always get it wrong."

Sourcery, Terry Pratchett

Skończyłam kolejny tom "Świata dysku". Chyba już czwarty raz go czytałam. Tym razem książka o byciu sobą. Zabawne, ile w taką pozornie lekką treść można wpleść mądrości. Jak wiele postaw można sparodiować, wyśmiać lub tylko unaocznić.

Żałośni, słabi czarodzieje, którzy dostają potęgę w swoje ręce. Coin kierowany przez ojca. Oderwany od życia Creosote. Książka o tym, co z ludźmi czyni władza i potęga. O strachu przed byciem sobą, o spełnieniu najskrytszych marzeń, które mogą przemienić się w koszmar. O potrzebie kroczenia własną ścieżką, szukania własnych odpowiedzi. O wpasowaniu się w otaczający świat.

Sourcerer przypomina mi Sojiro Setę z "Rouroniego Kenshina". Młodego mężczyznę, któremu ktoś dał odpowiedź na pytanie: "Jak żyć?" Sojiro wyrywa się spod kontroli, tak samo Coin. Obaj muszą znaleźć własną drogę życia. Jak każdy.

I Rincewind walczący o bycie sobą. Walczący ze wszystkich sił o prawo bycia niewydarzonym czarodziejem. Bo trzeba pamiętać kim się jest. Do końca.

Komentarze - Smarty

Smarty

15 December 2003

Zakuwam smarty. Jeszcze parę godzin i cały blog będzie na nich śmigał. Z tym, że nie wiem, czy jest sens umieszczać go w sieci. Do małych projektów szablony nie są za bardzo potrzebne. Na tapecie PHPlib.

Korzystam z odrobiny czasu przed świątecznymi porządkami. Pracowicie spędzam czas...

Widziałam ofertę pracy dla programistów WWW w Szczecinie. Wymagania nieziemskie i chyba specjalnie tak rozbudowane. W praktyce i tak niewiele się z tego przydaje. Co z tego, że ktoś umie 21 języków pisania stron, jeśli jego strony są niechlujne? Albo nierozbudowywalne? Uważam, że tak naprawdę od webmasterów należałoby wymagać jedynie znajomości PHP, relacyjnych baz danych (MySQL) i napisania jakiegoś niewielkiego projektu. Tak jak to zrobił u siebie home.pl.

Nie zgłosiłam się teraz. Trzymam się twardo postanowienia - w tym semestrze doktorat.

Komentarze - Doktorat

Doktorat

16 December 2003

Dziś miałam na uczelni Wigilię. Fajnie tak spotkać się z profesorami na innym gruncie, posłuchać żartów prof. Rozenberga i prof. Nowakowskiego, pośmiać ze wszystkimi. Człowiek się czuje taki ważny i dorosły. W końcu jest w kadrze naukowej, nie?

Kiedy szłam na doktorat, właściwie kiedy pierwszy raz pomyślałam o doktoracie, myślałam o nim w kategorii odwleczenia wyroku. Bo to jakiś sposób na życie, szansa na stypendium, możliwość spokojnego szukania pracy. Pod koniec studiów czułam się niedouczona i przytłoczona świadomością, że to koniec niefrasobliwych czasów. Ale potem zaczęłam o tym myśleć poważniej i doszłam do wniosku, że praca na uczelni, praca naukowa, jest czymś, czemu warto się poświęcić.

Pochodzę z nauczycielskiej rodziny i lubię przekazywać wiedzę. Mam do tego predyspozycje. Ale nie lubię dzieci, więc praca na uczelni jest dla mnie jedynym sposobem kultywowania tradycji rodzinnej. Rodzina dała mi jeszcze jedno - znane w kręgach naukowych Szczecina nazwisko - szkoda byłoby to zaprzepaścić.

Ponadto lubię pisać, tworzyć coś, przebywać z ludźmi. Praca za biurkiem, ślęczenie po 8 godzin nad papierami albo jednostajnym zajęciem doprowadza mnie do szaleństwa. Przez 4 miesiące pracy w Stanach jako kasjer, ja się autentycznie męczyłam psychicznie. Nie potrafię prowadzić ustabilizowanego życia, nie umiem wstawać na rano (to nie jest kwestia przyzwyczajenia - ja po prostu do 10 nawet nie zaczynam myśleć, nie wolno mi jeść przed 11, mam tak niskie ciśnienie, że mdleję), za to wspaniale mi się pracuje do późna. I autentycznie lubię przekazywać wiedzę.

Co po doktoracie? Może to niektórych zaskoczy, ale mam zamiar zostać na uczelni. Marzy mi się profesura w przyszłości. Jedno z moich największych marzeń to to, że za kilkanaście lat któryś z moich studentów będzie o mnie pamiętał i pomyśli sobie: dr Szydłowska wiele mnie nauczyła.

Bo ja chciałabym nie tylko uczyć przedmiotów, ale przede wszystkim samodzielnego myślenia. Społeczeństwo to stado, a ja chciałabym wiedzieć, że spod mojej ręki wyszli ludzie twórczy, świadomi, potrafiący iść pod prąd. Ja wiem, że to nie jest łatwe, wymaga pracy i wysiłku, ale mnie się nie spieszy. Mam na to całe życie.

Niektórzy robią doktora, żeby potem łatwiej znaleźć dobrą pracę. Ja też go robię dla pracy. Żeby zostać pracownikiem uczelni muszę mieć dr przed nazwiskiem. I żeby się habilitować też. Ot i wszystko.

Wino huczy w głowie i nadal słyszę śpiewającego prof. Rozenberga.

Komentarze - ... o niczym...

... o niczym...

19 December 2003

Piękna pogoda za oknem... Ranek - wczesny, zdecydowanie zbyt wczesny. I moja zdołowana siostra na gg. Normalnie WOW.

Studenci mnie zaskoczyli. Na 8:30 stawili mi się w większości. Ostatni dzień przed przerwą świąteczna, a im się chciało wstawać. Mnie by się nie chciało. Miałam cichą nadzieję, że nie przyjdą... Z drugiej strony to było miłe. Że się stawili. Tyle, że nawet nie za bardzo wiem, co z nimi przerabiać.

Poszłabym sobie na spacer. Jest ranek, więc może dałoby radę zrobić zakupy bez tych wszystkich ludzi, kłębiących się w świątecznym amoku. Jak tak się zastanowić, to właściwie nie ma się wyboru - wpada się do sklepu i automatycznie też się kłębi. Żeby się stamtąd wydostać, trzeba się zjednać z masą. Żeby coś kupić, trzeba przejść na wyższy poziom kłębienia.

Rany, ale mi się nie chce tu siedzieć. Nie pogniewałabym się, gdyby zwiali.

Komentarze - przyjaciele...

przyjaciele...

19 December 2003

Większość ludzi twierdzi, że trudno jest zdefiniować miłość. Ja mam na ten temat własne zdanie, wypracowane na podstawie własnych doświadczeń.

Co innego z przyjaźnią. Właściwie nie umiem jej zdefiniować.

E. znam odkąd pamiętam. Mieszkamy w jednej klatce i była moją towarzyszką zabaw dziecinnych. Właściwie jako dziecko nie za bardzo rozróżniałam mój dom i jej. W obu każda z nas była podobnie traktowana. Później kochałyśmy się w tych samych chłopakach, przez jakiś czas jeździłyśmy razem na obozy. Jednak... nigdy nie miałyśmy wspólnego towarzystwa, nie byłyśmy razem na imprezie, z rzadka wychodziłyśmy razem na piwo.

Przez kilka lat wcale się nie widziałyśmy, teraz, mimo że dzieli nas jedno piętro, widujemy się raz na pół roku, czasem nieco częściej. A przecież znam E. bardzo dobrze, traktuję ją raczej jak rodzinę niż znajomą. Idziemy razem przez życie, orbitując po własnych orbitach, lecz wciąż mając się w zasięgu. I czasem nasze orbity się łączą na jakiś czas. A wtedy jest tak, jakby nigdy się nie rozdzielały. Czy to jest przyjaźń?

Boro i Yasko towarzyszą mi od początku studiów. Razem zakuwaliśmy do kolokwiów, chlaliśmy, zarywaliśmy wykłady. Jeśli jedno miało zadanie, miała je cała trójka. I jeśli ktoś miał problem, problem stawał się ogólny. W sumie w kilku momentach życia naprawdę bardzo mi pomogli. Ja im chyba też. Studia się skończyły, ale znajomość trwa dalej. Grono się powiększyło, oni wprowadzili swoje dziewczyny, potem się przypałętał mój. I choć każde ma swoje sprawy, to jednak nadal im ufam. Wiem, że mogę na nich polegać.

O Haśce w moim życiu już kiedyś pisałam. Spotkałyśmy się, wymieniłyśmy parę zdań i poczułam, że znalazłam bratnią duszę. Myślimy podobnie, czujemy podobnie, mieszkamy blisko, nieczęsto się widujemy, bo nie musimy.

Podobnie Lark - nagle zaistniał w moim wirtualnym świecie i już pozostał. Czasem mam wrażenie, że zawsze tam był. Net robi się pusty, gdy jego nie ma.

K. to znów sympatia wypracowana przez lata. Z początku ostrożna, zazdrosna, podejrzliwa i może nawet niechętna. A teraz narastająca. Wydaje mi się, że każda z nas musiała do tego dojrzeć.

I tak sobie myślę. Nie policzyłam przecież jeszcze ojca, mamy, siostry i babci. Jak tak spojrzeć, to wokół mnie jest bardzo dużo ludzi, których mogę nazwać przyjaciółmi. Tylko...

Czy czas jest ważny w przyjaźni? Czy może sytuacje kryzysowe, przez które się razem przeszło? A może wystarczy tylko pogodna życzliwość i chęć niesienia pomocy? Jak określić, czy to już jest przyjaźń?

"Przyjaciel to ktoś, kto podczas deszczu, odda ci swój parasol.". Które z nich zasłoniłoby mnie przed deszczem?

Komentarze - Galeria - the end???

Galeria - the end???

21 December 2003

Odezwała się do mnie firma, dla której dwa miesiące temu pisałam galerię. Już niemal zapomniałam o tym i odżałowałam te pieniążki. To się odezwali. I teraz nagle wypytują nerwowo jak to działa i czemu tak, a nie inaczej. Zaczyna mnie to złościć. W życiu nie spotkałam tak niesumiennych ludzi.

Z tą galerią od samego początku były same kłopoty. Ciągle zmieniały się wymagania, nie dostałam jednolitych założeń. Grafiki nie było. Jak już ją napisałam, to się okazało, że znów muszę zmieniać cały system logowania. Poprawiłam, wysłałam. Poczekałam tydzień, dwa, upomniałam się. Cisza. Szlag by to. A teraz nagle zamieszanie.

A ja mam satysfakcję. Z głupoty. I nauczkę na przyszłość. Nigdy nie ufać znajomym. Bo to się od znajomego zaczęło, a znajomy okazał się lamerem jako menadżer. Żeby nie sprawdzić, co dostał. Ech...

A ja ją sobie przerobię, a co. Na smartach zrobię, profesjonalnie, po swojemu. A potem sprzedam i będę miała święty spokój. I może przejdzie mi rozgoryczenie, które wzbudziła ta "współpraca". Na błędach... o tak...

Komentarze - ... pada śnieg, puszysty śnieg ...

... pada śnieg, puszysty śnieg ...

22 December 2003

... cieszą się bałwanki.

Bałwan ze mnie nieziemski i rzeczywiście ze śnieżku się cieszę. Nawet z aerobicu wracałam sobie spacerkiem, a nie jak zwykle samochodem. A śnieżek prószył sobie powolutku... Skrzypiał pod butami... Opadał na włosy, rzęsy, usta... Miękki, biały... lekki jak sen.

Pierwszy prawdziwy śnieg tego roku. Poruszył mnie. Jakoś tak... obudził jakąś taką cichą tęsknotę. Romantycznie mi się zrobiło.

Koty na podwórku też się ze śniegu ucieszyły. Skokom i gonitwom nie było końca. Teraz biały puch poznaczony jest wesołymi ścieżkami kocich łapek. A Pysia śpi pod kaloryferem i nawet nie wyściubia nosa z domu. Czasem mam wobec niej poczucie winy...

Właściwie miało być o ajerkoniaczku, i Tuśce, i jeszcze o świątecznym nastroju i sztangach. Został śnieg. Puszysty, biały, czysty śnieg... Chłodna poduszka...

Dobranoc. Zasypało mnie.

Komentarze - ...

...

25 December 2003

Radzę, pocieszam, wspieram wszystkich wokoło. Cholernie mądra i dojrzała w tym jestem. Tylko samej sobie jakoś doradzić nie umiem.

Komentarze - Kanon

Kanon

26 December 2003

Obejrzałam sobie animkę "Kanon". Z początku wydawało mi się śmieszne i banalne... ale nie było banalne. Nie było też śmieszne. Raczej zakręcone, skomplikowane uczuciowo, smutne. Było o obietnicach, spotkaniach i rozstaniach, o zrozumieniu... Całkiem mądra historia ubrana w kawaii dziewczynki.

A może to tylko ja dopatruję się we wszystkim głębszych przesłań?

Toki no ma ni tasogarezora
Eien no tabi wo shiteru?
Tsumetai yubisaki sagashi tsuzuketeta
Kakera kara yaiteru
Tsuyoku mune ni dakishimete
Sagashiteita nakushimono
Ryoute no naka tashikamete
Atarashii asa ni deau

Not noticing the time it's already tonight
what exactly is eternity doing?
These freezing cold fingertips,
something I kept on looking for.
That is why I can shine today,
holding it strongly to my chest.
Something I lost that I kept looking for
checking both hands to see if it's there or not.
Meeting up with a bright new morning
time is starting to move again.

Florescence, Kanon

  • Ava gardner Agpamis*PL
  • Ava gardner Agpamis*PL
  • Ava gardner Agpamis*PL

Archiwum

Dodaj do czytnika Google

Copyrights ©Usagi.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody Usagi.pl zabronione.