Lubię góry. Ciężar plecaka i równy rytm kroków. Krople deszczu na skórze i drzewa. Podróże, sushi i moją kuchnię. Kocham koty. Dobrą książkę, półsłodkie wino. Leniwe popołudnia. Moją pracę.

Chciałabym być jak Esme Weatherwax, bliżej mi jednak do Agness Nitt - ona miała swoją Perditę, a ja mam moją Usagi...
Komentarze - ... o niczym...

... o niczym...

19 December 2003

Piękna pogoda za oknem... Ranek - wczesny, zdecydowanie zbyt wczesny. I moja zdołowana siostra na gg. Normalnie WOW.

Studenci mnie zaskoczyli. Na 8:30 stawili mi się w większości. Ostatni dzień przed przerwą świąteczna, a im się chciało wstawać. Mnie by się nie chciało. Miałam cichą nadzieję, że nie przyjdą... Z drugiej strony to było miłe. Że się stawili. Tyle, że nawet nie za bardzo wiem, co z nimi przerabiać.

Poszłabym sobie na spacer. Jest ranek, więc może dałoby radę zrobić zakupy bez tych wszystkich ludzi, kłębiących się w świątecznym amoku. Jak tak się zastanowić, to właściwie nie ma się wyboru - wpada się do sklepu i automatycznie też się kłębi. Żeby się stamtąd wydostać, trzeba się zjednać z masą. Żeby coś kupić, trzeba przejść na wyższy poziom kłębienia.

Rany, ale mi się nie chce tu siedzieć. Nie pogniewałabym się, gdyby zwiali.

Komentarze - Doktorat

Doktorat

16 December 2003

Dziś miałam na uczelni Wigilię. Fajnie tak spotkać się z profesorami na innym gruncie, posłuchać żartów prof. Rozenberga i prof. Nowakowskiego, pośmiać ze wszystkimi. Człowiek się czuje taki ważny i dorosły. W końcu jest w kadrze naukowej, nie?

Kiedy szłam na doktorat, właściwie kiedy pierwszy raz pomyślałam o doktoracie, myślałam o nim w kategorii odwleczenia wyroku. Bo to jakiś sposób na życie, szansa na stypendium, możliwość spokojnego szukania pracy. Pod koniec studiów czułam się niedouczona i przytłoczona świadomością, że to koniec niefrasobliwych czasów. Ale potem zaczęłam o tym myśleć poważniej i doszłam do wniosku, że praca na uczelni, praca naukowa, jest czymś, czemu warto się poświęcić.

Pochodzę z nauczycielskiej rodziny i lubię przekazywać wiedzę. Mam do tego predyspozycje. Ale nie lubię dzieci, więc praca na uczelni jest dla mnie jedynym sposobem kultywowania tradycji rodzinnej. Rodzina dała mi jeszcze jedno - znane w kręgach naukowych Szczecina nazwisko - szkoda byłoby to zaprzepaścić.

Ponadto lubię pisać, tworzyć coś, przebywać z ludźmi. Praca za biurkiem, ślęczenie po 8 godzin nad papierami albo jednostajnym zajęciem doprowadza mnie do szaleństwa. Przez 4 miesiące pracy w Stanach jako kasjer, ja się autentycznie męczyłam psychicznie. Nie potrafię prowadzić ustabilizowanego życia, nie umiem wstawać na rano (to nie jest kwestia przyzwyczajenia - ja po prostu do 10 nawet nie zaczynam myśleć, nie wolno mi jeść przed 11, mam tak niskie ciśnienie, że mdleję), za to wspaniale mi się pracuje do późna. I autentycznie lubię przekazywać wiedzę.

Co po doktoracie? Może to niektórych zaskoczy, ale mam zamiar zostać na uczelni. Marzy mi się profesura w przyszłości. Jedno z moich największych marzeń to to, że za kilkanaście lat któryś z moich studentów będzie o mnie pamiętał i pomyśli sobie: dr Szydłowska wiele mnie nauczyła.

Bo ja chciałabym nie tylko uczyć przedmiotów, ale przede wszystkim samodzielnego myślenia. Społeczeństwo to stado, a ja chciałabym wiedzieć, że spod mojej ręki wyszli ludzie twórczy, świadomi, potrafiący iść pod prąd. Ja wiem, że to nie jest łatwe, wymaga pracy i wysiłku, ale mnie się nie spieszy. Mam na to całe życie.

Niektórzy robią doktora, żeby potem łatwiej znaleźć dobrą pracę. Ja też go robię dla pracy. Żeby zostać pracownikiem uczelni muszę mieć dr przed nazwiskiem. I żeby się habilitować też. Ot i wszystko.

Wino huczy w głowie i nadal słyszę śpiewającego prof. Rozenberga.

Komentarze - Studia...

Studia...

05 December 2003

Marzyciel: To nie jest tak - byle na studia. To chory system nauczania i chory system zawodowy. Bo co ma robić człowiek, którego na studiach uczą bzdur lub zlewają kompletnie? Po co mi były jakieś wydumane systemy bankowe, na których nawet jednego systemu nie widzieliśmy? Czemu nie nauczyli mnie tego, co w życiu potrzebne?

Owszem, wiem na czym polega studiowanie - więc douczam się sama. Ale chore jest, że wykładowcy są nie z tej epoki, że prowadzą coś, o czym sami nic nie wiedzą, że nawet nie sygnalizują dzisiejszych problemów informatycznych!

Inna sprawa, że na studia powinna być ostra selekcja. Tymczasem przychodzi tu byle matołek (ja się dostałam choć NIC nie wiedziałam o komputerach!) i może się bez trudu utrzymać, bo taki jest poziom uczelni. Skończyłam studia informatyczne nie umiejąc programować!

Inna sprawa, że w obecnej sytuacji ciężko o pracę. Więc człowiek łapie się wszystkiego, co mu wpadnie w rękę. Każdej pracy - i tu przydają się szerokie wiadomości z różnych dziedzin. Bo czasem nie ma jak pracować w swoim zawodzie. Jesteśmy tak opóźnieni technologicznie, że informatycy są zbędni. Nawet ci najlepsi nie mogą znaleźć sobie pracy i muszą się chwytać różnych innych prac.

Kolejny problem - świadomość społeczeństwa. Dla większości ludzi informatyk to człowiek od komputerów. Nie istnieje dla nich specjalizacja. Przeglądałeś ogłoszenia o pracę? Przecież to idzie się pokroić! Potrzebują webmastera, ale wymagają od niego: zarządzania siecią, programowania aplikacji, zaawansowanych umiejętności animacji oraz języka Fortran!!! Ludzie!! Przecież to kpina.

Nawet łebmajsterzy mają specjalizacje: webdesigner, webprogrammer. Ale pracodawcy chcą jednego łosia do wszystkiego. I nie liczą się umiejętności tylko cena. Jedyna szansa teraz to wyjechać stąd za granicę.

Tylko... ja na przykład raczej staram się tego uniknąć. Wolałabym się urządzić tu, w tym kraju. Nie wiem, czy na tym nie stracę....

Komentarze - świata prorocy

świata prorocy

05 December 2003

Są grupy, w których zajęcia prowadzi się z przyjemnością. Ta do nich nie należy. Każde zdanie, każdą informację trzeba od nich wyciągać na siłę. I pozostaje nieodparte wrażenie, że jest się kimś zbędnym, że przychodzą i siedzą na zajęciach z łaski. Zadają głupie pytania, byle tylko ośmieszyć, pokazać, że mają człowieka w d...

Przyzwyczaiłam się już, że wchodząc po raz pierwszy na zajęcia jestem oceniana. Często negatywnie. "Głupia kobietka, ucząca ekonomii - po co to komu? Co ta gówniara może wiedzieć o informatyce?" Później nadal jest podobnie - ocena za oceną: jest miła i prowadzi zajęcia na luzie to pewnie koła nie zrobi na serio. I potem są ZONKI. Czy gdybym była mężczyzną traktowano by mnie ostrożniej?

Studentom trudno jest zrozumieć, że jako doktoranci niewiele mamy do gadania. Co z tego, że wolałabym prowadzić bazy danych albo webmastering? Jestem na takiej a nie innej katedrze i muszę akceptować to, co mi przydzielają. A to, że dobrze czuję się w ekonomice? A czemu nie? Czy gdybym mamrotała pod nosem z książki, albo wprowadzała referaty bardziej by mnie szanowano? A może ja bym chciała tych ludzi czegoś naprawdę nauczyć? Nie tylko odbębnić swoje i iść do domu?

Uważam, że w tej epoce człowiek powinien mieć rozeznanie w wielu dziedzinach, bo nigdy nie wiadomo, dokąd trafi. Czepianie się jednego zawodu jest w obecnej sytuacji głupotą. Tylu moich znajomych ze studiów robi teraz coś zupełnie innego niż zamierzali. Smutna rzeczywistość...

I potem patrzę na tych jełopów śmiejących się głupio z jakiegoś żartu i mam ochotę to wszystko cisnąć w cholerę. A niech będą niedouczeni, niech idą przez życie z przeświadczeniem, że są najwspanialsi i najmądrzejsi, że im się wszystko należy. Życie ich w końcu gdzieś, kiedyś kopnie. A oni i tak nie będą potrafili zrozumieć...

A mnie zależy... jeszcze... nadal.

Komentarze - ...

...

05 December 2003

Nienawidzę analizy SWOT i bankowości. Przerabiana po raz kolejny wkurza mnie niebotycznie. Tak po prostu.

1, 2, 3,

Strona 2 z 3

  • Ava gardner Agpamis*PL
  • Ava gardner Agpamis*PL
  • Ava gardner Agpamis*PL

Archiwum

Dodaj do czytnika Google

Copyrights ©Usagi.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody Usagi.pl zabronione.